Mój świat

STYL, SMAK I BÓL                     

Czas zacząć żyć życiem o jakim marzysz!

Moją motywacja i natchnieniem do stworzenia tego bloga stał się szalenie dobry, wspaniały człowiek, o złotym sercu, nieoceniony Anioł z przeogromną wiedzą (o którym z czasem?) Niesamowicie mi pomógł, ciągle zresztą pomaga. Wspiera, motywuje, daj cenne wskazówki i rady… Mogłabym tak bez końca… Powiedział: „Sylwia zrób to! Masz taką energie, doświadczenie, przede wszystkim pasja i miłość do biegania płynie w twoich żyłach. Podziel się tym z innymi, tym co kochasz, co sprawia Ci tyle radości. Tym co przeszłaś bo łatwo i kolorowo nie zawsze było… 

Zdecydowałam się opowiedzieć Wam moją historię, mając ogromną nadzieję, że znajdziecie tutaj odpowiedzi na nurtujące Was pytania.. wskazówki, podpowiedzi. Ciężko czasem coś odnaleźć, zdaje sobie sprawę, że wujek google nie zawsze potrafi podsunąć rozwiązania. Sama borykałam się z wieloma zagadnieniami, szukałam podpowiedzi, rozwiązań. Szczególnie mam namyśli moją przygodę z bieganiem, weganizmem, kontuzjami.

Na moją transformację miało wpływ wiele przykrych zdarzeń… Jestem w pełni świadoma tego, że wszystko co nas spotyka jest lekcją i pokazuje jak silni możemy być. Każda przeszkoda na naszej drodze to cenna lekcja z której trzeba wyciągnąć najwięcej ile się da i przenigdy się nie poddawać?

Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się zupełnie niepozornie… Pragnąc w tym zabieganym świecie pobyć sam na sam, spędzić choć trochę czasu ze starszym bratem (który w miarę regularnie o poranku biegał) zaczęłam się z nim umawiać na wspólny dla mnie z początku jogging. Z racji tego, że każde z nas pracuje i resztę dnia ma wypełnione, ruszaliśmy często przed 5. Czego nie robi się dla celebrowania choć w ten sposób wspólnego czasu. Grześ często narzucał takie tempo, iż prowadzenie dialogu było niemożliwe, gdyż próbowałam przy tym nie paść trupem łapiąc resztki oddechu. Nieważne, ważny dla mnie był ten wspólny czas?

Tak właśnie małymi krokami zaczynałam pojmować jak strasznie bieganie zaczyna zmieniać mnie i wszystko wokół. Zaczęłam chcieć więcej i więcej.

W tym czasie regularnie bywałam na basenie. Przez 30 lat nie umiałam pływać, oczywiście podejmowałam niejednokrotnie walkę, która zawsze kończyła się klęską… A, że życie jest pełne zwrotów akcji pewnego pięknego dnia ortopeda do którego trafiłam, stwierdził coś w stylu „jeśli nie zacznie pani regularnie pływać i ćwiczyć w wieku 40lat będzie pani połamana, przechylona na jedną stronę” nie potrafię fachowo opisać tego co wówczas usłyszałam. Teraz w głębi serca dziękuję mu za te słowa. Wtedy miłe to nie było. Oszalałam słysząc to! Wyszłam w totalnej rozsypce, podłamana.. Fakt ta chwila niemocy trwała krótko. Stwierdziłam jak to? Bez walki się nie poddam tak łatwo?szybko spięłam poślady i zaczęłam działać w tym temacie.  „Jeśli coś jest dla Ciebie naprawdę ważne, zrobisz to nawet jeśli szanse na powodzenie są nikłe”– Elon Musk

W ten oto piękny sposób stałam się stałym bywalcem basenu trafiając pod skrzydła instruktora- Patryka z którym podjęłam naukę pływania. Przyznam, zawsze przyciągam do swojego życia samych cudownych ludzi?często zastanawiam się czy przypadkiem nie są to aniołowie w ludzkich ciałach? mam w końcu świadomość tego, że to co nas spotyka, ludzie pojawiający się na naszej drodze, zdarzenia… Wszystko to pojawia się w konkretnym celu. Tak oto Patryk (więcej niż trener… pływania), który z czasem stał się przyjacielem i kibicem. To on zabrał mnie na pierwsze zawody. Zastanawiacie się pewnie jakie?tak, tak… Były to biegi górskie? bez żadnego przygotowania, dla zabawy, ludzi, widoków. Wtedy jeszcze zupełnie nieświadoma tego jak strasznie to odmieni moje życie, jak wielką pasją i miłością stanie się dla mnie bieganie po górach <3

Pamiętajcie Kochani, róbcie zawsze to co kochacie, nieważne jak dobrze to robicie, ważne ile szczęścia i radości Wam to sprawia?Mi samej daleko do doskonałości, ciągle popełniam błędy, uczę się… Ze zdobytych doświadczeń wyciągam wnioski. Często kieruje nami strach, aby coś zacząć i jest to zupełnie normalne, gdyż wychodzimy ze swojej strefy komfortu. Nie bój się jednak, zacznij działać a zobaczysz w jak cudowny sposób zacznie się zmieniać Twoje życie. A życie jest tak cudowne i nieprzewidywalne.

16 września 2018 z nr 1143 na dystansie 10km… Już wtedy z bólem kolana z Patrykiem i jego koleżanką, wystartowałam w swoich pierwszych górskich zawodach. Oczywiście przed zawodami nie denerwowałam się tym czy dam rade tylko co ja na siebie założę haha? Co poradzić mogę na to?kolorystyka musiała grać, tak jak i double wear na twarzy?

Zastanawiacie się czy ukończyłam zawody? Już po pierwszych kilometrach zaczęłam sobie nucić pod nosem „co ja tutaj robię ooo, co ja tutaj robię…” Łatwo nie było, biegłam sercem bo nogi były zmęczone… Dobiegając na metę nie jestem w stanie Wam opisać tych emocji, szczęścia, endorfin… Ten stan był niewyobrażalnie cudowny? złapałam oddech i zdałam sobie sprawę, że chce biec dalej, gdyż mam w sobie jeszcze tyle pokładów energiiiii!!!! Pewnie, że już nie pobiegłam… Czekając na swoich towarzyszy, którzy pobiegli dłuższy dystans?wracając zaczęły się rodzić nowe pomysły na kolejne zawody.

Pomiędzy zawodami… Dzień jak co dzień: praca na cały etat, nauka pływania, bieganie, dom… A w sercu tylko jeden rytm a w głowie tylko jedna myśl… Aktywność fizyczna stała się najcudowniejszą częścią dnia?wschody, zachody słońca… Piękno przyrody… Te chwile z dala od wszystkich problemów, od spraw dnia codziennego. Totalny reset. Chwile na przemyślenia, pozbieranie myśli.

I tak toczyło się życie dalej… Po drodze wykluczając ze swojej diety mięso… Stałam się (najpierw) wegetarianką? „tak więc żyję bez tłuszczów, bez mięsa czy ryb, ale czyniąc tak, czuję się całkiem nieźle. Zawsze wydawało mi się, że człowiek nie narodził się, aby być drapieżnikiem”-A. Einstein.

To była najlepsza decyzja jaką podjęłam? W końcu „naszym celem musi być wyzwolenie się… poprzez rozszerzenie kręgu współczucia na wszystkie zdrowe istoty i na cały cudowny świat natury.”-A. Einstein. Od tego momentu w moim organizmie zaszła diametralna zmiana ? mianowicie potrzebowałam dwa razy więcej wysiłku, pokłady energii były nie do wyczerpania!!! Każdy ma wybór i wolną wolę… Natomiast zachęcam, chociażby do tygodniowego odstawienia produktów pochodzenia zwierzęcego… Jestem ciekawa jakie będą wasze odczucia, spostrzeżenia. Podzielcie się tym ze mną, chętnie posłucham?W razie pytań podpowiem, podeślę ciekawy sprawdzony przepis. Przepisów tak naprawdę jest ogrom, często jednak są wykorzystywane do ich stworzenia produkty o nazwach dla mnie zupełnie obcych, nie wspominając o ich dostępności… W mojej miejscowości jest ciężko nabyć zwykłe tofu, nie mówiąc o innych produktach o skomplikowanych dla mnie nazwach. Na początku było ciężko, małymi krokami zaczęłam odkrywać, szukać, udoskonalać znalezione przepisy. W zakładce dla każdego coś dobrego?przede wszystkim sprawdzone, zrobione ze zwyczajnych produktów. Chętnie też wypróbuję Twoje sprawdzone przepisy?ślij śmiało?

Krążyłam tak więc pomiędzy basenem, siłownią, dokładając rower, oczywiście nie zapominając o najważniejszym dla mnie-bieganiu?ogarniając w międzyczasie dom i realizując się zawodowo? znajomi, przyjaciele zaczęli dostrzegać co się dzieje… Choć zawsze byłam nadpobudliwa teraz przeszło to najśmielsze oczekiwania… Często padały, padają pytania jak ja to robię? Jak znaleźć czas? Skąd czerpie energie? Co mnie motywuje?

Wszystko mamy w głowie, a dla chcącego nic trudnego. Ja odnalazłam szczęście i radość w bieganiu… Więc organizowałam, organizuję dzień tak, aby zawsze znaleźć czas na to co sprawia tyle radości.

Po Perłach Małopolski pobiegłam 23.09.18 w Rzepienniku Strzyżewskim „bieg niepodległości-100 dla niepodległej” 10 km bieg asfaltowy. Zapisałam się na ten bieg przypadkowo? moją uwagę na FB przykuł medal, zainteresowana jego posiadaniem długo nie myśląc zapisałam się?jakby to powiedział Robin Williams: „każdy z nas dostaje maleńką iskrę szaleństw, najważniejsze by jej nie zgubić.” Szalona ja, ciągle nie mająca pojęcia o bieganiu… Gdzież bym zwracała uwagę na tempo czy tętno? po prostu biegłam… Zostawiając za sobą ślad zapachu J’adore (które są moim kodem DNA niezależnie od okazji, ale dopasowane już stężeniem pod daną okazję) nieświadoma jeszcze tak wielu… I tak (nie wiem jak;) ale wybiegałam 3 miejsce wśród kobiet. Rozpaliło to we mnie cudowne uczucia? to takie przyjemne robić to co się kocha i być dodatkowo za to wynagrodzonym. Tyleeeee radości? biegnąc wtedy, napawałam się widokami i cudowną atmosferą oczywiście zastawiając się co zjem jak tylko ukończę zawody? w linku przepis na niebiański smakołyk (budyń z awokado) oraz bananowym pancakes z chia.

Wracając do domu Patryk słysząc o moich poczynaniach stwierdził: jest kolejny bieg w którym koniecznie musisz pobiec…

Ten właśnie bieg o którym wspomniał był dwa dni później 😀 no do normalnych nie należę haha. Pomyślałam sobie, zamiast u siebie zrobię sobie tam trening, przed praca (dobrze, że miałam tego dnia na popołudniu?) bo przecież musiałam jeszcze wrócić i doprowadzić się do porządku?już wtedy odczuwałam ból w kolanie… Nie był aż tak uciążliwy, było to jednak bieganie w dyskomforcie. Dobiegłam na metę, odebrałam medal ukończenia zawodów i popędziłam do domu… Zupełnie nieświadoma tego, że wybiegałam 2 miejsce wśród kobiet 😀 o czym dowiedziałam się z czasem, gdzie będąc na basenie syn organizatora (Miłoszek?) przyniósł mi puchar i dyplom… Tak, zbierałam koparkę z podłogi? „{…} cuda nie zdarzają się nikomu z wyjątkiem tych szczęśliwych czubków, którzy widzą je wszędzie…”– Stephen King.

W poszukiwaniu fizjoterapeuty…

Z polecenia Patryka trafiłam do fizjoterapeuty Marka (kolejnego wspaniałego człowieka w moim życiu, również biegowego świra- przypadek?:). I zaczęła się moja ciągła naprawa i poznawanie nowej tematyki. Kolano skoczka… Kolano biegacza… kacza stópka… Tak, wszystko po kolei. Każdy jeden trening, każdy jeden bieg i towarzyszący mi kompan—ból… Zaczęłam się już z tym oswajać i do tego przyzwyczajać. Przecież musiało minąć 30lat, abym odnalazła swoje szczęście, swoją miłość… Więc nie odpuszczę, nie zrezygnuje! „ból jest przemijający, a skutki rezygnacji pozostają na zawsze”-Lance Armstrong

Tak naprawdę poprzez bieganie w końcu zaczęłam wychodzić ze swojej strefy komfortu… Otwierać się i porywać na nowe plany, cele…  Zaczęłam dostrzegać nie tylko zmiany w moim ciele, ale zaczęło się także zmieniać moje życie.

Uzależnienie zaczęło wchodzić coraz mocniej… Wracałam z pracy i gnałam na trening?często, gęsto z gęsią skórką ze strachu… Jakaś taka bojna dupa jestem… Jesień, zima strasznie wcześnie robi się ciemno. „wytrwale rób swoje, zostaw strach i paranoje” Biegam to w wąwozie, to po chodniku, to po wiślanym wale… Najcudowniejsze jednak są wycieczki i bieganie po górach. W końcu las to moja świątynia.

07.10.18 z numerem 125 wzięłam udział w Xrunie na 22km tzw. OŁTARZ W CHMURACH w Beskidzie Wyspowym. Nazwa wzięła się od kapliczki z ołtarzem na górze Ćwilin, która znajduje się blisko szlaku, przy kępie buków. Trasa wije się wokół góry racząc nas pięknymi widokami raz na Beskid Wyspowy, innym razem na Gorce i Tatry… Nie mogłam powstrzymać się od robienia pięknych zdjęć?trochę biegnąc, trochę wychodząc pod górę, robiąc zdjęcia dotarłam do mety 12 wśród kobiet?

Nie zatrzymywałam się. Z zaciśniętą opaską na kolanie wychodziłam w dalszym ciągu na treningi. Planów biegowych w końcu robiło się coraz więcej. Marek mój fizjoterapeuta tylko kręcił głową, za każdym razem słyszałam tylko: „Sylwiaczku zwolnij, za szybko, za dużo…” Uśmierzał ból od zawodów do zawodów. Do codziennych rytuałów doszły ćwiczenia wzmacniające. Tejpy zaczęły stawać się  nieodłączną dekoracją moich kolan. Gdy bardzo bolało pakowałam się i wspólnie z Danielem moim przyjacielem od dziecka jeździliśmy na siłownię. Tam przynajmniej pod jego fachowym okiem mogłam powzmacniać moje słabe ogniwa: ręce, plecy, brzuch…

Dzień 21.10.18 i bieg w Rabce Zdrój na 14 km zapamiętam na długo. Ból w kolanie stawał się coraz bardziej uciążliwy, mimo to pobiegłam… Zawsze trzyma się zasady: jeżeli możesz biegnij, jeśli potrzebujesz idź, jeśli musisz czołgaj się, ale nigdy się nie poddawaj. Dobrze, że na mecie czekał mój mąż Filip, gdyż przekraczając linie mety ze łzami w oczach i bólem nie do opisania rzuciłam się mu w ramiona, żeby nie upaść. Kuśtykając poczłapaliśmy do auta. A ja zaczęłam sobie uświadamiać jak wiele potrafi ludzki organizm… Ile zależy od głowy… Ten bieg ukończyłam na 9mcu wśród kobiet. Pozostawiał wiele do myślenia…

Po tym biegu długo znów musiałam się składać. Kolejne zabiegi, bolące jak diabli fale uderzeniowe, ćwiczenia… Z ogromną determinacją, nie poddając się, nie tracąc nadziei i dzięki wsparciu psychicznemu Filipa i pomocy Marka mogłam wziąć udział w kolejnym biegu. Mimo wszystko ciągle zastanawiałam się, czy w końcu kiedyś uda mi się biegać bez żadnej kontuzji? Czy jest to w ogóle możliwe decydując się na uprawianie takiego sportu…

18.11.18 Biała Dama cykl zawodów Xrun 18 km. W tych zawodach wziął też udział Patryk. Wiec wesoło było od początku. Wystartowaliśmy razem.. biegnąc wszystko dla mnie przestaje mieć znacznie. Odcinam się. Ciężko jest mi opisać ten stan. To jakbym trwała w głębokiej medytacji. Szczęśliwa, spełniona, sprawdzająca swoje granice wytrzymałości i własne możliwości. Podziwiająca cuda natury. Często zastanawiająca się co przygotuje dobrego do jedzenia po powrocie ?

… Walczę sama ze sobą i bywa tak, że mówię sobie nigdy więcej to już ostatni bieg. Na jednym z punktów wolontariusz rysuje mi na twarzy barwy wojenne, wiec jest jeszcze weselej. No jak tego nie kochać?! Wpadam na metę i co… Mojego ziomeczka nigdzie nie ma. Myślę sobie mam te moc, mam te moc. Z duża dawką energii nie wiele myśląc wracam po niego, aby dodać mu otuchy i w końcu chwilkę razem pobiec?

Okres listopad, grudzień to w mojej pracy prawdziwe żniwa, orka na ugorze??pracuję w perfumerii- zaczyna się akcja Boże Naradzanie. Ten czas jest cudowny i niesie ze sobą masę niesamowicie pięknych chwil, ludzi, rzeczy. Natomiast pracy jest ogrom i coraz ciężej jest wpleść pomiędzy obowiązki zawodowe, dom, treningi…  Mimo to staram się chociaż za pośrednictwem różnych aplikacji poćwiczyć w domu (nie musisz mieć nawet żadnego sprzętu) często jako hantelki wykorzystuje butelki z wodą?

Rok nieubłaganie zbliżał się ku końcowi… A mi w głowie zaczął rodzić się nowy plan… Plan na zimowy bieg.

ZIMOWA ETAPOWA TRIAD INTRO NA 30km 05.01.19 Krościenko nad Dunajcem. Śniegu dosłownie po pas, ciągle go przybywało. Ja, która nigdy wcześniej nie biegałam zimą po górach. Kompletnie nie wiedziałam co się wydarzy, jak rozłożyć siły, jak biec aby nie stać się jedną wielką kulą śnieżna? co założyć, żeby nie spłonąć przy okazji.

Ubiór i sprzęt niezbędne wyposażenie… Większość zapożyczyłam od Patryka dla którego zimowe bieganie nie było żadną nowością… Więc pożyczył poczciwy chłopak: plecak, rękawiczki, nawet skarpety wodoszczelne, raki…

Starałam się oczywiście wszystko skompletować tak, aby kolorystycznie ładnie pasowało i było ciepło?

Pierwszy etap na 16km rozpoczynał się w GORCACH. GRYWAŁD->LUBAŃ->MARSZAŁEK->KROŚCIENKO(tak mi się wydaje?moja orientacja terenu powala). Z niepewnością i nieśmiałością ruszyłam. To był też mój pierwszy kontakt z kijkami… Rany jak one mi strasznie przeszkadzały! Z zamarzniętym śpikiem, skostniałymi stopami pełna emocji i poślizgiem dotarłam na metę? z czasem 2.27.42… Nawet nie chciało mi się myśleć o kolejnych etapach… To zimowe bieganie jednak troszku bardziej męczy.

Wróciliśmy na domek, wszystko przemoczone, ja trzęsąca się jak zimny dieslowski silnik na mrozie długooooo odzyskać temperatury nie mogłam.

Drugi etap, 5km bieg nocny po PIENINACH 38.17. Zjawiskowo pięknie. Śnieg, odblaski… Aleją gwiazd biegniemy… Zimno, ślisko… Ciało bolało… O kolanach nawet nie wspomnę. Nie pamiętam już kiedy ostatnim razem tak szybko zasnęłam…

Trzeci etap kolejnego dnia na 10km w BESKIDZIE SĄDECKIM. 

CZARDA->DZWONKÓWKA->KROŚCIENKO NAD DUNAJCEM 1.35.20

Ciało turbo obolałe, zimno jak na Syberii, start się opóźniał… Śnieg napierał nieustannie. Tojtoja żadnego wokół, wszędzie zaspy… Patrzę kopci się z komina, może pozwolą się załatwić… Zaryzykowałam. Stuk, puk… Nie wiem już czy ktoś odpowiedział czy tez nie. Naciskam klamkę wchodzę… Nikogo, pusto… Przybiega pies (na szczęście przyjacielsko nastawiony) po czym wylania się pan (lekko się wystraszyłam) starszy, zarośnięty ale bardzo ciepły i życzliwy. Jakąż ulgę i wdzięczność poczułam móc chwilkę się ogrzać, a przede wszystkim ulżyć mojej fizjologicznej potrzebie…

Dobrze, że spakowałam ocieplacze inaczej straciłabym czucie w dłoniach… Po pierwszych kilometrach nie odczuwałam już dwóch ostatnich biegów, śmiem nawet twierdzić, że biegło się przyjemniej niż w Gorcach? łapiąc prawie zająca na zakręcie wpadłam na metę szczęśliwa jak diabli, przeżyłam te dwa dni „gdy wygrasz sam ze sobą możesz wygrać z wszystkimi”

Zimowa TRIADA zakończona na 3 miejscu w kategorii, smutek, ze kategorie nie były dekorowane…

Wyobraźcie sobie jaka wygłodniała wróciłam do domu! Na szczęście ukochana matula zadbała o córcie i zrobiła to co uwielbiam najbardziej po takim kombo – samo ‘zdrowie’ placuszki ziemniaczane oraz wegetariańską pizzę?!!! Mniami  

Zawsze, ale to zawsze po dłuższym wysiłku (bieganiu po górach) mam niesamowitą ochotę na coś niezdrowego i tłustego. Kiedyś nawet przeczytałam, że takie zachcianki świadczą o sygnałach wysyłanych z naszego organizmu iż potrzebuje większej dawki energii (miałoby to sens) pisano również ze może to być objawem niedoboru kwasów tłuszczowych oraz witamin: A, D, E ,K oraz wapnia. Jakie macie spostrzeżenia w tym temacie?

Kolana w rozsypce… Marek poskłada, wierzę w to ogromnie…

Po triadzie prędko do biegania nie wróciłam… Na szczęście była siłownia z Danielem i basen?”transformacja życia jest sportem drużynowym” warto znaleźć osoby z podobnym zainteresowaniem… Jak to w życiu już bywa często same pojawiają się na naszych ścieżkach życia… Warto mieć takich pozytywnych wariatów wokół siebie… Nieuniknione jest to, że czasami motywacja słabnie wówczas z takimi osobami można się wzajemnie motywować, wspierać, pomagać… Tak też powstał basenowy team? z genialnymi ludźmi. (Pisząc to i wracając do wspomnień obecnie jestem po Festiwalu Biegów w Krynicy, gdzie startowałam w biegu 7 dolin na 64km… Będzie co Wam opowiadać, oj działo się, działo…)

Powiedz sobie: „POTRAFIĘ” i idź spełniać marzenia?

Kolejny na horyzoncie był Xrun 10.02.19 TAJEMNICZE KOPCE. Trasa prowadzi przez urokliwy las. Jest bardzo urozmaicona. Spotkać na niej można szybkie odcinki, strome podbiegi, jak i trudne technicznie zbiegi. Miejscami trzeba się zetknąć z jarem rzecznym bądź strumieniem. Nawierzchnia: od ubitej drogi leśnej do błotnistej ścieżki pokrytej luźnymi kamieniami i liśćmi. Ukształtowanie terenu jest pagórkowate a częste podbiegi i zbiegi nie pozwolą odpocząć ?

 „Naucz się odnajdywać przyjemność w wysiłku. Zaakceptuj łzy i świętuj każdy błędny krok, potknięcie czy porażkę. Ponieważ prawdziwa wartość życia nie tkwi w Twoich osiągnięciach, ale raczej w długiej, trudnej drodze, którą przebyłeś, aby je realizować. A także w tym jakim stałeś się człowiekiem i jakie relacje udało Ci się nawiązać z innymi ludźmi”

24 marca 2019 wzięłam udział w 16. KRAKOWSKIM PÓŁMARATONIE MARZANNY…

Ludzi ogrom… Ja z obolałym kolanem. W pocie czoła z ogromnym krwiakiem na palcu☹miałam wrażenie, iż meta się ode mnie oddala. Serio! Ukończyłam zawody z czasem 1:50:23, 74mce w kategorii. Marzyłam tylko o cudownym środku, który uśmierzy ból tak, abym mogła jak najprędzej wrócić do treningów… Cieszyłam się ogromnie, że w ogóle udało mi się ukończyć ten półmaraton i spełnić kolejną biegową zachciankę.

Po zawodach wylądowałam z moim paluchem u chirurga. Co usłyszałam: definitywnie musi Pani przestać biegać! To może doprowadzić do złamania palucha, a o najbliższych zawodach może Pani tylko pomarzyć! Nie będzie Pani w stanie biec… Wiele nie potrafię już przytoczyć bo zwyczajnie odłączyłam się od jego gadania i w duchu powtarzałam zen… Czemu oni wszyscy nie rozumieją, że nie można od tak porzucić czegoś, czego się szukało tak długo… Aby być szczęśliwym! Jedno było pewne, moje przekonanie, ze będę biegać! A z paluchem sobie sama poradziłam ?

Kolejnym startem był XRUN 30km 07.04.19 Pani Mogiła Jurków 4:09:15

20 kwietnia umówiłam się z Rabanem (wspaniały pozytywny człowiek na którego zawsze mogę liczyć. Nigdy we mnie nie zwątpił, zawsze kibicuje i dodaje otuchy. Przebiegliśmy nie jedna piękną wycieczkę…) na bieganie po Beskidzie Makowskim… W planie było wspólne pobiegniecie Garmina. Wszystko szło pięknie… Pogoda, widoki, energia. Do pewnego momentu☹okropnie rozwaliłam pasmo… Ból kolana był  przeogromny, wspomagając się ramieniem Raba i laską (z haberdzia) pokuśtykaliśmy do auta…

Niestety z powodu kontuzji, biorąc pod uwagę możliwość dalszego biegania nie wystartowałam w jednym z ważniejszych dla mnie w tamtym czasie starcie GARMIN ULTRA RACE MYŚLENICE… Ale całą sobą kibicowałam Rabanowi, wykręcił piękny wynik, który później świętowaliśmy na pamiętnej imprezce%%%% a, że w życiu nic nie dzieje się bez powodu. Odbiłam go sobie z nawiązką w 2020? z czasem opowiem.

19.05.19 V BIEG WADOWICKI 10km- 7 w kategorii z czasem 51:40 kolejny bieg po przejściach kontuzyjnych… Never give up!

Pobiegłam go z dużym sentymentem dla tego miasta i mojej cudownej Grażyny, która z czasem została razem z Filipem moim supportem?

Gdy niemożliwe staje się możliwe.

Kolejnym bardzo ważnym dla mnie biegiem było wzięcie udziału w TRIADZIE ULTRA 01-02.06.19 łącznie 75km rozłożonej na trzy etapy: Gorce 23km 2:30:38 biegło się bajecznie, nawet przez moment nie odczuwałam bólu w kolanie… Pomimo iż pomyliłam trasę i musiałam nadrobić, zakończyłam ten cykl jako druga kobieta. Czułam tak niesamowitą radość, moje endorfiny eksplodowały. Co jakiś czas tylko słyszałam od ludzisk na trasie: jesteś druga kobietą (ja? Jak to możliwe?oto ja człowiek nie wierzący w siebie) Wpadając na metę nie czułam większego zmęczenia. Baaa nawet jeden tekst utkwił w mej pamięci? „a Ty biegłaś w ogóle? Bo wyglądasz tak świeżo jakbyś dopiero z pod prysznica wyszła”???haha pozdrawiam kolegę?później dziewczyna z trzeciego miejsca gratulowała zawzięcia, siły i determinacji… Natomiast nie obyło się bez problemów gastrycznych i wizyty w aptece (bomble na palcach były ogromne i strasznie zaczęły doskwierać)

Pieniny 10km koszmar powrócił i ból całego pasma 10km 1:12:19, do dzisiaj pamiętam pomocną dłoń Grzegorza z Poznania, którego poznałam właśnie na biegu nocnym. Niesamowity, cudowny człowiek, który tak strasznie pomagał mi psychicznie już do końca zawodów…

Beskid Sądecki wszystko dosłownie wszystko mówiło odpuść☹ból był niewyobrażalnie paskudny… Wiedziałam, że bardziej już nie da się rozwalić tej nogi (po konsultacji z Markiem, jedynie rekonwalescencja będzie trwała znacznie dłużej) wiec podjęłam próbę! Nigdy nie poznasz swoich granic, dopóki nie spróbujesz ich przekroczyć. Z zaciśniętymi zębami… Pokuśtykałam te 40km, które ukończyłam z czasem 6:11.10 co się okazało na 6mcu… Po dziś dzień w myślach dziękuję Bogu za pomoc w ukończeniu zawodów i zesłanie mi Grzegorza. Podsumowując całość-powrót po dłuższej przewie… I na tym się nie skończy:/ Triada zakończona 4miejscem open i 1 w kategorii (przykro, że kategorie nie były dekorowane… Zawsze to podwójnie cieszy a po takich przygodach szczególnie?

AWARIA SYSTEMU

Kontuzja następuje wtedy, gdy organizm dostaje impuls z którym nie potrafi sobie poradzić. Czasami jej przyczyny są jasne, a sposoby leczenia oczywiste. Boli cię Achilles- zaglądasz do książki i masz rozpisane całe postępowanie zapobiegawcze oraz zasady leczenia. Problem w tym, że kontuzje, zwłaszcza te niezaleczone lubią wracać bo są związane ze specyficzną budową danego ciała. Z szerokością bioder, długością mięśni, zakresem ruchu w stawach, starymi urazami.

Lekarze sportowi, masażyści, biomechanicy, fizjoterapeuci, trenerzy- wszyscy starają się zgłębić tajemnice ludzkiego ciała , ale kontuzje zdarzają się nadal i to nie tylko amatorom, lecz także zawodnikom będącym cały czas pod okiem fachowców.

Paula Radcliffe- rekordzistka świata w maratonie- mimo, że korzysta ze sztabu konsultantów, ma na koncie złamanie zmęczeniowe dolnego odcinka kręgosłupa, kości udowej i palca u nogi, a na mistrzostwa świata w półmaratonie w 2009 roku nie pojechała z powodu banalnego zapalenia migdałków. Każdy biegacz ma drobne defekty, które utrudniają mu życie. Haile Gebrselassie cierpi na astmę, przez nią nie startował na igrzyskach w Pekinie, Anton Krupicka stracił dwa sezony po serii kontuzji spowodowanych złamaniem nogi, gdy poślizgnął się na prostej drodze. Nawet niezniszczalny Kilian Jornet stracił kiedyś pół sezonu w wyniku złamania rzepki. Ciało kryje zawsze jakieś niespodzianki, ale to nie powód, by się zapuścić czy przestać startować w biegach ultra. Brak aktywności jest dużo bardziej szkodliwy…. (fragment z książki szczęśliwi biegają ultra Magdalena Ostrowska-Dołęgowska Krzysztof Dołęgowski.

Pozwoliłam sobie przytoczyć fragment z ich książki, gdyż temat kontuzji w świecie każdej aktywnej osoby  jest chlebem powszednim. Sama opowiem Wam już wkrótce dokładniej o moich przejściach i o tym jak miałam trafić pod nóż… Jak niesamowicie ważna jest wewnętrzna motywacja i jak człowiek w obliczu niechcianych diagnoz podejmuje walkę o to co kocha i czego nie chce stracić!

To możliwość spełniania marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące” P. Coelho

Odbiegając troszku od świata biegowego… Stylu i jedzenia pochwalę się wam moim kolejnym spełnionym marzeniem? 30 czerwca miałam możliwość przy bajecznej pogodzie skakać w tandemie ze spadochronem? szalenie cudowne doświadczenie? zdecydowanie polecam każdemu komu chodzi to po głowie?co dla jednych jest szaleństwem dla drugich jest spełnieniem marzeń?

Czas wróci do rzeczywistości po wspaniałych wakacjach? i zmierzenia się z nowym rzuconym przez sama siebie wyzwaniem 😀

Często sami nie wiemy jak wielka drzemie w nas siła?

2 września podjęłam próbę w runmageddonie z Oska moja cudowną Friend oraz dwoma poznanymi w tym dniu ziomeczkami? bawiłam się fantastycznie, umorusana, poobijana ze smołą dosłownie wszędzie w czwórkę trzymając się za ręce wpadliśmy na metę? po tym jakże zabawowym doświadczeniu utwierdziłam się jeszcze bardziej w przekonaniu, iż to właśnie biegi górskie są tym co kocham najbardziej i co chce kontynuować tak długo jak tylko zdrowie pozwoli.

RÓB TO CO KOCHASZ. NIEWAZNE JAK DOBRZE TO ROBISZ. WAŻNE ILE RADOŚCI CI TO SPRAWIA.

22 września ‘19 wzięłam udział w biegu Proszowickim 10km z czasem 50:12, 5 wśród kobiet z lekkim niedosytem powiedziałam sobie (wrócę za rok silniejsza?)

MÓWISZ, ZE JESTEM SZALONA PONIEWAŻ BIEGAM? UWIERZ MI, OSZALAŁABYM GDYBYM NIE BIEGAŁA!

I tak 13.10.19 pobiegłam „Borzęcińską dyche” z czasem 49:04 zajmując pierwsze miejsce w kategorii.

Morze radosciiiiii. Chce więcej i więcej….

DLACZEGO BIEGAMY PO GÓRACH? LUDZI MOŻNA PODZIELIĆ NA DWA RODZAJE: NA TYCH KTÓRYM TEGO NIE TRZEBA TŁUMACZYĆ I NA TYCH KTÓRZY NIGDY TEGO NIE ZROZUMIEJĄ?

26.10.19 wybrałam się ze znakomitą ekipą, której prowodyrem był w rzeczy samej Rab? na biegową wycieczkę po tatrach. Prawdziwa magia, CUDA NATURY!!! RAJ NA ZIEMI? WIDOKI ZAPIERALY DECH W PIERSI? BOŻE JAK JA TO KOCHAM!!! To nic, że spałam tylko krótką chwile bo o 2:00 musiałam wyjeżdżać… Ta magia, poznani tego dnia niesamowici biegacze… Rekompensowały wszystko? Ależ jestem szczęściarą, że mogę tego wszystkiego doświadczać?  Nie byłabym sobą gdybym nie przygotowała dla ekipy strawy 😛 Smalczyk z fasoli, batony mocy znajdziecie w załączniku?

29.10.19 z cudownymi wspomnieniami po Taterkach pobiegłam OŁTARZ W CHMURACH 22km  z czasem 2:45:14 (24minuty do roku poprzedniego) 3mce w kategorii a 7 open kobiet?

Z racji tej, że regularnie musiałam bywać u Mareczka, aby to fala, igłami bądź manualnymi czarami mnie naprawiać dużo rozmawialiśmy, znał doskonale moje plany biegowe jak i wszystkie czasy i parametry… Zaczął namawiać mnie na oddanie się w ręce profesjonalisty. Po to abym stała się jeszcze mocniejsza…. I co stało się? od grudnia rozpoczęłam współprace z Łukaszem moim obecnym i jedynym trenerem? NIE CHODZI O BYCIE NAJLEPSZYM. CHODZI O BYCIE LEPSZYM OD OSOBY KTÓRA SIĘ BYŁO WCZORAJ. A żeby tak było potrzebny jest ktoś kto ci w tym pomoże i poprowadzi… Taki dobry duszek, który będzie dawał pstryczki i motywował do działania jakby czasem Ci ogień przygasał.

Z Mareczkiem 3.11.19 w moje imieniny pobiegliśmy grand prix Krakowa na dystansie tzw. Harda Dwudziestka Trójka- taki właśnie bieg? oj łatwy ten Wolski nie jest… Ale na zbiegach można się ładnie „puścić”?i troszku nadrobić to co się straciło szukając płuc na podejściach? z nr 6020 wybiegałam 4mce w kat. z czasem 2:31:47…

7.11.19 wstałam skoro świt, aby pojechać z Rabem na trening do lasu, a później móc udać się do pracy… Moja głowa potrzebowała tego… Obudziło mnie jakieś dziwne przeczucie… Sam trening jak to z Rabem przebiegł w doskonałych humorach, praca przeleciała na pełnych obrotach (zawsze po bieganiu jestem turbo pobudzona) wracając z pracy, a skończyłam o 21… Była straszna mgła, nie wiem jak do tego doszło po dziś dzień. Natomiast czując, że nie skończy się to dobrze prosiłam tylko o jedno… BOŻE OCAL MOJE NOGI! Wiem, pomyślicie, ze jestem nienormalna i jest to niedorzeczne w takich chwilach myśleć o takich rzeczach, ale tak pomyślałam tylko o tym abym mogła pobiec kolejny z cyklów Xruna (już ostatni w tym roku) Był ostry zakręt, sakramencko gęsta mgła… chwila nieuwagi, być może oczy poleciały… dachowałam zatrzymując się na mostku… Opisując to, same łzy napływają do oczu… Jestem niesamowitą SZCZĘŚCIARĄ I MAM PRZEWSPANIAŁEGO ANIOŁA STRÓŻA! Dłuższą chwile wisiałam w powietrzu badając sytuację… nogi całe najważniejsze? szyba poszła wiec mogę krwawić, ale ciemno wiec nie wiem. Próbuję znaleźć telefon,  pas się zaklinował… jednym słowem jestem w potrzasku. Zero pomocy przez dłuższy czas… Nagle widzę światła, zatrzymuje się auto i słyszę „czemu nie pomagacie!?!?! Ratować trzeba!” i przyszedł mój bohater odciął pas kuchennym nożem… Wychodzę o własnych nogach i słyszę panią (właścicielkę mostka) „matko boska, nie ratowałam bo myślałam, że się pani zabiła” a tu dosłownie nic mi się nie stało poza drobnymi draśnięciami. Poprosiłam jednego z „gapiów” o telefon, abym mogła zadzwonić po męża… Ze spokojem w głosie poprosiłam, aby przyjechał najlepiej z lawetą bo auto raczej nie będzie nadawało się do jazdy. Przyjaciel który pracuje w straży i pomagał przy wypadku stwierdził „Sylwia to cud… z takich wypadków nie wychodzi się o własnych nogach o ile w ogóle wychodzi” Filip idąc w moja stronę prawie zemdlał… Po rozmowie ze mną, gdzie byłam tak spokojna myślał, ze to tylko guma… a tymczasem auto na złom, wróciliśmy do domu… Szalenie przykre, że już nie pojeżdżę moją poczciwą foczką… ale zawdzięczam jej tak wiele… Następnego dnia wsiadłam w pożyczone auto i pojechałam do pracy. Każdy stukał się po czole, że po czymś takim nie jadę zrobić sobie przeglądu czy nie mam czegoś uszkodzonego… A ja tylko w głowie miałam co? Tak zbliżający się bieg, który odbył się 3 go dnia po wypadku.

 XRUN BIAŁA DAMA 10.11.19 18km lało niemiłosiernie, przemokłam i przemarzłam tak strasznie, że przybiegając na metę potrzebowałam pomocy z rozebraniem się, gdyż miałam tak zamarznięte dłonie… Nie ja jedyna?Później sama pomagałam kolejnym… I tak oto wybiegałam 2 miejsce w kategorii a 5 open z czasem 2:27:27

Można by rzec : „wczorajszy ból to moja dzisiejsza sil”

Nie boj się, nie czekaj na jutro… Bo jutra może nie być! Ciesz się każdą chwilą, tym że jesteś i możesz doświadczać piękno każdego dnia. Bywa, że jest ciężko, bądź coś nie idzie po naszej myśli… To jest przejściowe. Wszystko leży w naszych rękach, to my jesteśmy marynarzami swojego życia na morzu cudów jakie nas otaczają i spotkają każdego dnia. Walcz o siebie i o swoje marzenia. Rób to co kochasz, spełniaj się… Wszystko w życiu dzieje się z jakiegoś powodu, wszystko! Są osoby, które nie lubią jak to mówię (Jola you know) a tak właśnie jest. Każde przykre doświadczenie uczy nas i wzmacnia dodatkowo, osoby które nas zostawiają (niech żałują) ale życzmy im szczęśliwej drogi… Nie trzymaj się kurczowo czegoś co Ci nie służy. Płyń z nurtem rzeki, daj się ponieść, celebruj każdy dzień! Nagradzaj siebie? ehhh poniosło mnie… ale tak strasznie jestem szczęśliwa, że mogę się z wami tym wszystkim dzielić? Że mogę spełniać swoje marzenia, których mam całe mnóstwo??

30.11.19 razem z Rabem wzięliśmy udział w zimowym (on) leśniku, ja (półleśniku) 30km 2200up… Zaczęliśmy wspólny bieg, kilka razy podał pomocną dłoń, abym się wspięła na te małe pagórki? wzmacniał i motywował do czasu… aż nasze drogi musiały się rozejść?oczywiście kilka razy zgubiłam trasę, bezcenne było zdziwienie koleżanki, którą dużo wcześniej minęłam. Na metę dobiegłam z czasem 4:53:40, 2open kobiet?? po biegu oczywiście pojechaliśmy na wegańską pizzę! Oj, Rab zna najlepszą miejscówkę na świecie.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Z Łukaszem rozpoczęłam naszą wspólną przygodę i przygotowania do nowego sezonu w grudniu 2019?

Jak dziś pamiętam naszą wspólną wycieczkę do lasku Wolskiego. W umiejętny sposób pokazał mi w jakim jestem miejscu i ile jeszcze ciężkiej pracy przede mną. Niezależnie bowiem od wysiłku jaki miałam ponieść, w pełni byłam i jestem świadoma tego iż zdobędę coś niezwykle cennego- osobiste doświadczenia. Tak to już mam, pragnę się rozwijać i doświadczać, nie potrafię tkwić w stagnacji

(pSycho i wszystko jasne) musi się ciągle dziać?

29.12.19 nastąpiło zakończenie sezonu w prze fantastycznym towarzystwie zorganizowane przez Łukasza oraz Dominika (zwanego Gumą) jak zwykle po dłuższych wycieczkach z bólem kolan☹

Nastał Nowy Rok 2020. Kto by się spodziewał, że właśnie w tym roku świat się zatrzyma…

Przytoczę piękny fragment, który przypadkowo znalazłam: „Nadeszła ta chwila i zatrzymał się świat. Na jedną chwilę, której zawsze brak. Na ten jeden uśmiech, jeden czuły gest. Zatrzymał się świat bo za szybko biegł. Już nie widział traw, nie szanował drzew. W pośpiechu bez uczuć, bez gestów i słów. Teraz przyszła chwila i czas zatrzymała. By ludzka istota wreszcie pomyślała.”

Każdy z nas przeżył ten rok na własny sposób… Mi jeszcze bardziej uświadomił, że liczy się tu i teraz! Że każda dana nam sekunda jest na wagę złota, że trzeba się cieszyć tym co się ma… bo w jednej chwili można wszystko stracić. Dlatego też ten rok starałam się wykorzystać z jeszcze większą zachłannością. Jeszcze bardziej doceniając wszystko dookoła. Nie bez powodu stało się to w najcudowniejszą porę roku, kiedy wszystko budzi się do życia. To wszystko to takie małe znaki, ważne czy potrafimy je umiejętnie odczytać?

05.01.20 z numerem 6098 pobiegłam Hardą Dwudziestkę – Trójkę w Grand Prix Krakowa. Kolano standardowe oklejone tejpami, bieg w dyskomforcie. W tych zawodach zajęłam 4mce w kategorii ze stratą 12s. do miejsca 3go. Kocham to, wiec jeśli ten ból pozwala biec, biegnę… choć mam świadomość jak strasznie będzie boleć rekonwalescencja. Po tych zawodach długo nie mogłam odzyskać sprawność, praktycznie trwało to miesiąc. Łukasz ciągle wspierał, podnosił na duchu, dawał zastępcze treningi… Padła decyzja, że nie pobiegnę w lutym Hardej Dwudziestki – Trójki tylko dla sprawdzenia stanu moich kolan 11km☹ te zawody które odbyły się 02.02.20 zakończyłam na 9 miejscu w kategorii, 10 open kobiet czując takie niespełnienie i złość na samą siebie. Mając świadomość, iż mogłam to mocniej pobiec. Pomyślałam… będę dawać z siebie jeszcze więcej i jeszcze ciężej pracować zaczęłam stawać się „potworem” tak wiele szczęścia zaczęło mi przynosić pokonywanie własnych granic… „trening rzeźbi Twój charakter, ciało przy okazji”

09.02.20 pojechałam na cudo wycieczkę po Beskidzie Makowskim ze znakomitymi ludźmi, w końcu najlepsza motywacją do pracy nad sobą jest widok sukcesu innych. Turbo biegacze z dużą dawką pozytywnych wibracji. Przebiegliśmy prawie 30 km delektując się otaczającym pięknem.

16.02.20 wzięłam udział w Zimowym Biegu Zbója (otwarte mistrzostwa Bielska- Białej) na 22km z nr 224. „Możesz myśleć, że jestem mała ale w głowie mam cały wszechświat” Yoko Ona

Panujące warunki to połączenie wszystkich pór roku. Ale im jest ciężej, tym lepiej smakuje zwycięstwo? wybiegałam 1 miejsce w kat. Open kobiet. Zaczynając powolusiu w końcu wierzyć w siebie i w to, że ciężką pracą mogę osiągnąć tak wiele. Choć w głowie miałam słowa niektórych osób „Sylwia Ty już jesteś za stara, nie będziesz już szybciej biegać”. Serio? ?

Pracując, trenując i oddając się torturom fizjoterapeuty planowałam kolejne starty? z zawzięciem i determinacją witając kolejny dzień- jak najwcześniej by móc w pełni go wykorzystać i zrealizować wszystkie zaplanowane obowiązki. „Kiedy się budzisz masz dwie możliwości – spać dalej i znów marzyć, albo wstać i te marzenia spełniać”

01.03.20 czas zmierzyć się z własnymi demonami i sprawdzić siły w ostatnim już z pięciu biegów Grand Prix Krakowa. Z numerem 1778 oraz różowymi warkoczami? biegłam jak szalona, czując taką moc i endorfiny, których nie da się opisać? doping bliskich, świadomość braku wiary niektórych osób we mnie motywowała i dawała tak wielkiego kopa… Tego dnia czułam, że mogę ten Wolski roznieść w powietrze. Zaufałam i zawierzyłam Trenerowi, który powiedział „ w tym roku będziemy pić niejednego szampana, świętując Twoją wygraną” Dziękuję Łukasz, za kopniaki, ale też mocne pstryczki i treningi, dzięki którym mam całkowitą świadomość jak wiele jeszcze przede mną pacy.

Wygrałam te zawody, przede wszystkim wygrałam je sama ze sobą. „Sukces nigdy nie jest efektem słomianego zapału, tu trzeba przejść przez prawdziwy ogień”

Coniedzielne wycieczki górskie rekompensowały cały ciężki tydzień. Wiadomości, zwiększająca się liczba zachorowań… Nie straszny mróz, śnieg, deszcz, błoto, upał. Najcudowniejsze to mieć możliwość odcięcia się od otaczającego świata, oderwać od rzeczywistości, zresetować myśli, uspokoić duszę… Biegając ciągle pokonujemy granice własnych możliwości. Sport uczy pokory samodyscypliny, dążenia do celu i choć w moim przypadku łatwe to nie jest cierpliwości. Sprawia ze nawet w deszczowe dni świeci słonce.

Trenując jeszcze ciężej ze względu na przymusowy lockdown, moje ciało powiedziało dość. Jak nie kolano, to z którym pomimo bólu w miarę możliwości dało się biegać, tak tym razem coś uszkodziłam w stopie☹ wszystko zamknięte, Marek też na przymusowym wolnym… Biegać nie byłam w stanie(pomimo iż jestem masochistką), ból w stopie dokładnie w pięcie był niewyobrażalny, nawet trudności sprawiało zwykłe chodzenie. Moja miłość do biegania zaczęła być wystawiana w jeszcze większym stopniu na próbę. Mimo to powiedziałam sobie: nie poddam się, będę o nią walczyć!

Musiałam bardziej niż zwykle polubić się z rowerem na dłuższy czas, gdyż większość treningów tylko mogłam w ten sposób wykonywać.

Życie jest jak tęcza, aby miało piękne barwy potrzebuje zarówno słońca jak i deszczu.

… Bywa, że spadają na nas diagnozy wydarzenia, sytuacje których nie planowaliśmy i nie chcieliśmy. Natomiast jak to w życiu- wszystko jest po coś i nigdy, przenigdy nie można się poddawać. Trzeba spiąć poślady i walczyć o siebie, o swoje marzenia. W końcu dzięki takim nieplanowanym zrządzeniom losu stajemy się jeszcze silniejsi! To właśnie kształtuje i rzeźbi nasze charaktery.

Otrzymałam diagnozę: zerwany troczek, bieganie po górach wykluczone, możliwe asfaltowe ale tylko operując wcześniej stopę. Wspominając te wydarzenia znów ryczę jak bóbr… to był najgorszy dzień w moim życiu. Świat rozpadł się na tysiące maleńkich kawałków. Olbrzymie wsparcie psychiczne otrzymałam wówczas od Filipa, Łukasza, Edi- dziękuję, za krzyczenie w górach zapewniając, że wrócę… Wiele też osób, co strasznie mnie smuciło twierdziło „odpuść, odpocznij, widocznie organizm zbuntował się” (gdy ktoś robi Ci kazanie, wysłuchaj, uśmiechnij się, skin głową, a potem podążaj własną droga! Jeśli nie żyjesz po swojemu, to tak jakbyś nie żył wcale). Miałam świadomość tego, że i to jest w jakimś celu. Chwila załamania troszku trwała. Aż w końcu tupnęłam zdrową stopą- mówiąc dość! To jest albo jedno wielkie nieporozumienie, albo i tak wszystko dobrze się skończy. Jest przecież tylu specjalistów, tyle możliwości. Wiedziałam, że cuda się zdarzają. A ja miałam przeczucie (pozytywne przeczucie). Pomyślałam nawet, być może coś źle zobaczyli na tym usg i być może to nie troczek. Nie traciłam nadziei! Boże, nawet byłam gotowa pojechać na koniec świata, aby przejść tą cholerną operację. Po to by móc odzyskać swoje sacrum. Zaczęłam szukać… dzwonić, dopytywać. (Jola dziękuję Tobie również, za różne kontakty) Umawiać się do innych specjalistów, aby potwierdzić diagnozę. Udało się, dostałam się na wizytę do rzekomo najlepszego sportowego specjalisty. I co? Zwariowałam jeszcze bardziej! Okazało się, ze to nie troczek! A być może pęknięte chrząstki, które utrudniają bieganie. Ale aby to wykluczyć trzeba zrobić rezonans. Oczywiście, zrobiłam go. A co najważniejsze byłam już umówiona na kolejna wizytę… Tym razem z prawdziwym Aniołem o którym pisałam na samym początku. Jakaż jestem szczęśliwa, że go odnalazłam! Wykluczył wszystko! I troczek, i chrząstki. Potrzebna była tylko dłuższa praca na powięziach aby uwolnić struktury. Troszku to trwało nim odzyskałam całkowitą sprawność. Nie to jest jednak istotne. Nadrzędne było to, iż z każdym dniem mogłam wychodzić na trening, a ból zaczął odpuszczać?

Dzięki pomocy mojego terapeuty Tomasza mogłam dalej planować kolejne starty biegowe o których wcześniej tylko mogłam śnić. Regularne wizyty spowodowały nawet to, iż tejpy poszły zupełnie w odstawkę. Oczywiście poza terapią otrzymałam masę ćwiczeń wzmacniających. Dodatkowa suplementacja. „Nie wystarczy zdobywać mądrości, trzeba jeszcze z niej korzystać” Zaczęłam wchodzić na wyższe obroty i w 100% realizować treningi. W planie był Garmin Ultra Race Myślenice. Tak, Garmin którego rok wcześniej nie pobiegłam z powodu kontuzji.

Tym razem bałam się tylko tego iż poprzez niemożność regularnego trenowania mogę zwyczajnie nie dać rady, aby je w ogóle ukończyć.

Tomek! Ten bieg w całości dedykuje Tobie! Od początku do końca! Dziękując przeogromnie, że dzięki Tobie, mogłam spełnić kolejne biegowe marzenie?

01.08.20 zapamiętam na długo? „Entuzjazm to jeden z najpotężniejszych motorów sukcesu. Kiedy coś robisz, rób to z całą mocą. Włóż w to całą swoja dusze. Wytłocz na tym znak swojej własnej osobowości. Bądź aktywny, pełen energii, entuzjazmu i wiary, a osiągniesz cel w swoich działaniach. Żadna wspaniała rzecz nie została osiągnięta bez entuzjazmu. – Ralph Waldo Emerson.

Te zawody biegł również mój Treneiro. Drugą sprawą był wieczór panieński mojej Oski (dziękuję Ci Kochana za przygotowanie wspaniałej koszulki, która co tu dużo mówić również przyczyniła się do zwycięstwa). Mało tego wracając z pakietem startowym spotkałam Marcina Świerca, którego jestem wielką fanką? (dzięki jemu książce wiele też się nauczyłam). Szanuje go i podziwiałam jego sportowe osiągniecia. Kibicując mu zawsze mocno i obserwując jego poczynania. Nie byłabym sobą gdybym nie podeszła zrobić sobie z nim zdjęcie? i wiedziałam, że to cudowny znak a ten bieg należy do mnie?

Wspólna rozgrzewka z Łukaszem i ruszamy… Upał, na dzień dobry stromy podbieg, ku mojemu zdziwieniu w pełni go pokonuje wybiegając?tak to cieszy. Tego dnia swój debiut miał Filip z Grażynką jako moi i Łukasza supporci. Na 3 pkt byliśmy z nimi umówieni na wymianę plecaków. Jakieś 4km przed tym pkt brakuje mi wody… Rany to co się wtedy dzieje w głowie… modląc się, rozmawiając ze sobą, z dreszczami z odwodnienia- wpadam na pkt jako pierwsza kobieta! Chcę wymienić plecak a tu słyszę obcą dziewczynę która: „chcesz zostać zdyskwalifikowana? Nie można otrzymywać pomocy z zewnątrz” grzecznie mówię, przecież na odprawie zupełnie co innego mówili… suma, summarum, stres, odwodnienie, później mega zdenerwowanie całą tą sytuacją dało mi takiego kopaaaaa. Bez dodatkowych żeli energetycznych z połówka banana, który złapałam na pkt… musiałam też uzupełnić softfaski (na czym tracę cenne sekundy…) pędzę dalej. Mówiąc sobie to jest ten dzień, to jest ta chwila… Twoja chwila ?

Fotokompozytor: „pewnego dnia coś zrobisz, coś zobaczysz albo wpadniesz na pomysł, który pozornie pojawi się znikąd. I poczujesz, ze cos w tobie drgnęło, jakieś ciepło w piersi. Kiedy tak się stanie, nie wolno ci tego zignorować. Otwórz umysł i podążaj za tym pomysłem. Podtrzymuj płomień. A wtedy na pewno znajdziesz swój ogień”. O panie jak to pięknie napisałeś. Dziękuję Ci za cudo zdjęcia i stworzenie tego pięknego opisu, który w 100% wstrzelił się we mnie.

Ku końcowi, za górą Chełm wiedziałam, że już będzie z „górki” i mam się „puścić” na maksa, zero kalkulacji (zalecenie trenera?) tak też zrobiłam, biegłam co sił w nogach… Wypadam z lasu, wbiegam na deptak, Boże tyle emocjiii… co sił w nogach pędzę! Pędzę po zwycięstwo, pędzę szczęśliwa, że mogłam ukończyć bieg o którym marzyłam. Pobiegałam całą sobą, bez żadnej operacji, z ogromną miłością i szczęściem w sercu… Wbiegam na metę przerywając szarfę, jako 1 kobieta open i 7 open z czasem 6:08:17! Nie jestem w stanie opisać tych emocji i tego wspaniałego uczucia. Raju, nawet Rab przyjechał kibicować (wspaniała niespodzianka, dziękuję za obecność i za turbo smaczną wegańską pizzę?https://ultrarace.pl/myslenice-inauguracja-cykl2020/?fbclid=IwAR1Ax9cUHKZTI5a6l-5Wky70OtTQKM8e2rKSHxIUEvMn6vAjFgvZSjNRk8Y

Chwila odpoczynku przed dekoracją a później sruuu na panieński Oski?

Kolejnego dnia o dziwo, ze stanem kolan nie było najgorzej. Zebrałam się i wróciłam do Myślenic, aby kibicować Markowi i Rabanowi, którzy zdecydowali się na krótszy dystans.

27.09.20 III Bieg proszowicki dystans 10km, próba: sprawdzenie siebie do czasu (51min)z poprzedniego roku. Obudziłam się strasznie słaba, jakbym imprezowała całą noc. Ciągle napływały motywujące widomości od bliskich?a w sercu jakiś taki dziwny niepokój. Do startu 1.5godz, zbieram się, aby dotrzeć na czas. Serce bije jak oszalałe (Boże, jeszcze z tyłu głowy ta myśl: nie możesz ich wszystkich zawieść. Odbieram pakiet od Trenera, widzę tą jego pewność w oczach, jak i to że doskonale mnie przygotował… Zaczynam rozgrzewkę, pierwsza zadyszka. Tłumaczę sobie: to tylko 10km. Wybija 15:00 i ruszamy. Biegnę z bananem na twarzy, mijam pierwsze podejście które w ubiegłym roku mało mnie zabiło, teraz było czystą przyjemnością. Biegnę dalej, patrzę tempo może być, nie jest tak źle… uda się? mijam cudownych kibiców, którzy niesamowicie dodają wiatru w skrzydła (Filip, Łukasz, Edi, Oska, Gosia, Panie Wojtku… DZIĘKUJĘ?, biegnę dalej co sił w nogach… i wpadam na metę? jestem pierwsza kobietą? 43:02 czas poprawiony. Mimo to czuje mały niedosyt, gdyż nie dałam 100% z siebie…  mam już w głowie zbliżający się bieg, na który czekałam cały sezon. Bieg w Krynicy na 64km.

Zbliżał się wielkimi krokami KRYNICA BIEG 7 DOLIN. Po biegu w Proszowicach, gdzie okropnie domarzłam czekając na dekoracje. Zaczęło mnie niestety rozkładać (to chyba to przeczucie które mnie nie opuszczało przed Proszowickim) co za pech. „nic nie przychodzi łatwo. Choć bardzo szybko można stracić coś na co pracował czas. Nigdy, przenigdy  nie rezygnuj z siebie!”

Czekasz na coś tak długo, przygotowujesz się, wylewasz na treningach siódme poty. Po czym znienacka przychodzi przeziębienie… Krzyżując wszystko! Szlag! We wtorek wracając z pracy jadę na trening, na którym opadam z sił☹ w nocy budzę się co chwila, ból gardła coraz większy, śpik po pas. Zbieram się po ciężkiej nocy do pracy w której za pieronka odnaleźć się nie umiem… Dreszcze zawładnęły całą mną, wracam do domu myśląc- sen dobry na wszystko. W głowie rodzą się niepotrzebne myśli. Późnym wieczorem zjawia się mój Anioł Stróż z lekiem, który ma mnie przywrócić do żywych. Nie mylił się? organizm w dalszym ciągu osłabiony, ale już nie ma takiej tragedii jaka była. Wracając z pracy jadę do Łukasz na bieżnię sprawdzić jak się zachowają nogi, organizm. I co… lepiej nie mówić, wyjazd już w piątek, będzie ciekawie.

Czasami musisz zaryzykować wszystko dla marzenia, którego nikt nie widzi poza tobą. A jeśli w ogóle chcesz spełnić swoje marzenie musisz w siebie wierzyć. Wewnętrzna motywacja jest silniejsza ze wszystkich. Kolejny cel osiągnięty? 1 wśród kobiet, 13 open. Cudowni ludzie na trasie! Mariusz Bartkowski dziękuję, że dzięki Tobie kilka razy nie zbłądziłam z trasy, za wspaniale towarzystwo, że dodałeś mi wiatru w skrzydła? chwile załamania były nieuniknione przy takim kilometrażu. Spadki cukru… i tu dziękuję paniom, które musiałam ograbić z pepsi (jakiż to był niedoopisania smak) Biegniesz a raczej toczysz się dalej, gdzieś koło 52 km dostajesz informację od swoich suportów, że druga kobieta jest za tobą 12 min, biegniesz dalej myśląc, iż ona to samo co i Ty czuje, więc marne szanse, że mnie dogoni… W pewnym momencie obracam się przez ramie widzę kobietę! Jak to? To niemożliwe. Dostaje turbo doładowanie i zbieram się w sobie, aby troszku przyspieszyć i ciągle biec. Co później się okazało była to turystka z psem? emocje, zmęczenie, może już nawet halucynacje… Wbiegam na deptak, rozkładam flagę Infinity-Gym i docieram do mety z czasem 07:09:40? szczęście, którego nie jestem w stanie ogarnąć ? Eksplozja?

Wynajęliśmy fantastyczny apartament w siedem osób w Muszynie u cudownych ludzi Marleny i Mirka Soło „Leśna przystań” (polecam!!! Lepiej niż w domu)https://www.facebook.com/apartamentlesnaprzystan

Czas pomału wracać do rzeczywistości… poskładać kolana do kupy, które troszku w ostatnim czasie dostały w kość. Okres roztrenowania, czas odpoczynku od biegania zbliżał się wielkimi krokami (moje pierwsze) miał właśnie nastąpić po zakończeniu mojego docelowego biegu w Krynicy. Okres gdzie przez pewien czas możesz robić wszystko z wyjątkiem biegania… Takie jakby wakacje, gdzie głowa i ciało musi odpocząć właśnie od biegania. To czas gdzie nadrabiasz wszystko na co ciągle brakowało czasu… Można w końcu dłużej posiedzieć na imprezie, zwyczajnie się rozerwać? Zaczęliśmy piesze wędrówki po górach tak aby jednak troszku ruchu było i co najzabawniejsze bardziej zmęczona wracałam po takich pieszych wędrówkach niż po przebiegnięciu maratonu?jak trzeba to trzeba, ponoć mam wrócić silniejsza… aby osiągnąć nowe szczyty formy i jeszcze bardziej pokonywać własne słabości. W kolejnym sezonie, musi nastąpić reset systemu. Prawdę powiedziawszy okres po roztrenowaniu to najgorszy z możliwych okresów. Przynajmniej dla mnie. Jakby ciało należało do kogoś innego, a nogi odłączono od zasilania.. nie wspomnę już o tętnie. Długo dochodziłam do siebie, znów moja cierpliwość była wystawiana na próbę. Ponoć kto ma cierpliwość będzie miał co zechce… szczęściarze?

Kolejny lockdown i kolejne pomysły? człowiek jest w nieustającej podróży i zawsze jest coś do odkrycia… a mi serio, żal każdej sekundy! Jest takie piękne chińskie przysłowie: „ Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić” dokładnie tak staram się żyć? stąd też w mojej głowie narodził się nowy pomysł… a może by tak zrobić kurs dietetyczny. Od słów do czynów, zapisałam się… więc co jakiś czas będę też wrzucać ciekawe zagadnienia. Zawsze mnie ta dziedzina szalenie interesowała ale zwyczajnie nie miałam czasu… dlatego jak tylko pojawiło się „okienko” od razu zaczęłam działać. Choć nie sadziłam, że będzie to aż tak absorbujące?ale jednocześnie szalenie interesujące.

Po drodze pojawiła się tez mega zajawka oraz kolejne wyjście ze strefy komfortu.

„Wyjdź ze swojej strefy komfortu. Możesz wzrastać tylko, jeśli jesteś gotów czuć się dziwnie i niekomfortowo próbując czegoś zupełnie dla Ciebie nowego.”

Znajomi namówili mnie na morsowanie. Pomyślałam dlaczego nie? normalna nie jestem a to dodatkowo będzie cudowne dla mojego ciała? pierwsze to regeneracja, drugie to cellulit.

I tak zazwyczaj się składało, że po niedzielnych biegowych wycieczkach wskakiwaliśmy do lodowatej wody aby chwilkę pomorsować.

Korzystając z tematyki wychodzenia ze strefy komfortu (ależ to jest satysfakcjonujące) zaczyna coraz bardziej uzależniać? w lutym udałam się na testy wydolnościowe. Strasznie się stresowałam przed. Nie wiem sama czy bardziej maski, czy biegu na bieżni na której zazwyczaj kreci mi się w głowie… a tu będzie trzeba dać z siebie jak najwięcej. Powtórzę to po raz kolejny, wszystko mamy w głowie. A ja skupiłam się wówczas na biegu, nieważne że była to bieżnia, ważne ze kocham biegać wiec biegłam do odcięcia? tak, po testach byłam zadowolona. Chyba pierwszy raz w życiu. Zawsze po biegu odczuwam niedosyt. Tutaj faktycznie dałam z siebie 100%. Jeśli kogoś z was to czeka, a ma obawy. Naprawdę nie ma co się denerwować. Maska i pobieranie krwi absolutni nie jest straszne.

Po wynikach testów zaczęło się jeszcze fajniej trenować. W końcu trener nie musiał błądzić po omacku (co i tak doskonale mu wychodziło) tylko miał klarowny obraz moich parametrów treningowych.

Jak to już w życiu bywa, gdy jest zbyt pięknie coś się musi popsuć. Coś jakby awaria systemu? Czyżby koszmar powrócił? Wybiegam na trening a tu odczucie jakby ktoś odłączył moje nogi od zasilania. Niesamowity ból łydki powodował uginanie/ niewładne kolana przy każdym kroku. Pomyślałam, może rozbiegam… niestety po kilometrze musiałam przerwać trening. Ból stawał się nie do wytrzymania. Cała w łzach zadzwoniłam do Tomka , ratuj mój Aniele… Szczególnie od beznadziejnych przypadków. Stwierdził, ze wszystko wskazuje na zespół ciasnoty powięziowej dlatego taki dyskomfort podczas biegania. Nieubłaganie wiec czekam na wizytę, gdyż wiem ze tak jak on nie pomoże nikt.

Przypuszczenia się potwierdziły. Zespół ciasnoty przedziałów powięziowych podudzia. Zazwyczaj z tego co się orientowałam leczenie trwa naprawdę długo… tutaj wystarczyły dwie terapie, abym mogła pomału zacząć truchtać.

O zgrozo, ten rok jest naprawdę dziwny… co zaczynam się rozkręcać biegowo to coś zaczyna się psuć. Organizm odmawia posłuszeństwa… niby z nogą już ok to znów brzuch boli a lekarze nie wiedzą jak pomóc☹ trzeba walczyć, wiec jak to ja zaczęłam zgłębiać tajniki ajurwedy.. o tak! To jest to czego potrzebowałam. Ajurweda inaczej medycyna niekonwencjonalna, która ma na celu zachowanie zdrowia poprzez utrzymanie ciała, ducha i umysłu w idealnej harmonii z naturą. Regularne spożywanie ziółek, jeszcze większe zwracanie uwagi na to co się je. Ograniczenie przetwarzanych rzeczy do minimum. Udało się? wyszłam na prostą. Całe szczęście bo w maju czekały na mnie Mistrzostwa Polski Biegów Górskich na długim dystansie? DrewHome Beskidzki Topór. W prawdzie miał być tylko sprawdzeniem mnie przed nadchodzącym Rzeźnikiem… ale kto nie chce dawać z siebie jak najwięcej.

Tuż przed zawodami znów zaczęła doskwierać łydka jak i ból w miednicy przy dłuższych treningach. Został tydzień do zawodów a widząc minę mojego fizjoterapeuty… pozostało mi nie tracić nadziei (Tomek po zawodach przyznał się, że noga była w takiej rozsypce iż bał się ze nie wystartuję)

„Wbrew pozorom, nie siła fizyczna świadczy o sile człowieka. To silny charakter i wola walki potrafi czynić cuda”

15 go maja pobiegłam wspomniane wcześniej mistrzostwa. Z nr 21 na klacie z wgranym trakiem. Wystartowałam. Porażka.. coś się stało z zegarkiem. Nie dość, że nie miałam traka to w dodatku nie pokazywał mi przebiegniętych kilometrów… nie mówiąc o tętnie, powiadomieniach i innych rzeczach☹ biegłam bo cóż innego pozostało. Ale zupełnie nieświadoma niczego. Oczywiście pod koniec dystansu na dłuższym odcinku nie było oznaczenia, wiec nie wiedziałam czy biec dalej czy nawrócić. Troszku przez to minut straciłam.. Ta bezsilność! I jednocześnie złość na przedmioty martwe. „nie ma sytuacji beznadziejnych, trzeba mieć tylko siłę i wolę walki. Czasami oczywiście się przegra, ale w przekonaniu, że zrobiło się wszystko, co było w naszej mocy…”

Dobiegłam na metę jako 9 kobieta. Dziękując wszystkim świętym, że w ogóle udało się ukończyć te mistrzostwa. „jedyną przegraną jest rezygnacja. Wszystko inne jest krokiem naprzód?”

Dziękuję Wam kochani supporci za wsparcie i że zawsze jesteście. Tomek, Twoja wiedza i dłonie to prawdziwy skarb! Dziękuję! Łukasz, jak zwykle doskonale mnie przygotowałeś! dziękuję za wsparcie!

Kolejny ważny bieg i kolejne biegowe marzenie na horyzoncie😊 bieg rzeźnika o którym od momentu kiedy zaczęłam biegać okropnie marzyłam😊 bałam się strasznie, gdyż to mój pierwszy bieg na tak długim dystansie.. w tym roku zawody rozłożone były na cały tydzień. Wraz z trenerem ze  względu na moja prace musieliśmy pobiec w pierwszym terminie… długo by opowiadać. Nie było to do końca przemyślane, gdyż inni widząc nasz wynik mogli nas z łatwością pobić.. w piątek już wyjechaliśmy wiec z samego rana przygotowałam dla mnie i Trenera jedzenie na punkty (ja oczywiście nic nie tknęłam), jedzenie przed startem. A tak to się prezentowało😊naprawdę gotowanie sprawia mi ogromną przyjemność😊

„Cena sukcesu to ciężka praca, poświęcenie i determinacja, by niezależnie od tego czy w danej chwili wygrywamy czy przegrywamy dawać z siebie wszystko” – Vince Lombardi

29 MAJA o godz. 3 nad ranem z numerami 24 z Łukaszem ruszyliśmy… ahoj przygodo😊 już dawno nie czułam się tak bardzo wyposzczona biegowo😊 RZEŹNIK nie śmiałam nawet o nim marzyć.. a tymczasem zajęliśmy 1 mce. Z całego serca dziękuję Łukaszowi, że był moim biegowym parterem.

Tyle zabawy, frajdy, motywacji, chwil zgrozy… co było, wie tylko ten co go biegł. Od początku mocno wystartowaliśmy. Co tu dużo mówić był to nasz dzień. Czekaliśmy na niego od momentu kiedy trafiłam pod jego skrzydła. Cudowne widoki.. błotne kąpiele po drodze (na szczęście Trener, którego tego dnia nazwałam Rambo:D)to prawdziwy gentelman wiec wszystko co najgorsze wziął na klatę :D) kryzys… jasne, że był i to nie jeden. Ba nawet, gdzieś na 65km sądziłam, że bierze mnie zawał tak ogromny ucisk czułam w klatce jak i miałam problemy z oddychaniem. Biegliśmy.. upajając się otaczającym pięknem i wizualizując już sobie trunki, które zneutralizują posmak żeli energetycznych. To była naprawdę fantastyczna biegowa przygoda, która w sercu… i w nogach pozostanie na zawsze.

Filip, Graziu moja Kochana! Byliście i jesteście najlepszym suportowym teamem ever! Docieracie tam, gdzie inni mają problem😊na punktach myślicie za nas, motywujecie wspieracie a podczas tych zawodów daliście tak ogromny luz psychiczny wiedząc, że będziecie w tylu miejscach… tak dobrze jest mieć tak wspaniałych ludzi obok siebie.

Tomek, będę się powtarzać ale… gdyby nie TY! Dziękuję z całego serca za wsparcie i ogrom pracy jaki wkładasz w naprawę mojego ciała.

Po zawodach, jak to po takim dystansie kolana lekko opuchnięte. Chwilka regeneracji i trzeba ruszać na nowo z treningami. Przecież już 8 sierpnia odbędą się mistrzostwa polski na ultra dystansie.

….

Chudy Wawrzyniec 2021. Magia, która towarzyszyła mi podczas całego biegu😊 Ludzie, widoki, atmosfera… tego opisać się nie da! To trzeba przeżyć na własnej skórze. Wygrałam ten bieg sama ze sobą. Pokonałam ból, słabości, chwile zgrozy na Oszuście. Głowę, która podpowiadała odpuść. Ciało, które kontuzja odcinała niejednokrotnie. Serce to ono😊ono jest pełne miłości do gór, lasu, biegania… i ta miłość zwyciężyła po raz kolejny. Dziękuję Wam za dostarczenie mi tej niezwykłości zawodów.

Przywiozłam ze sobą brązowy medal, po raz kolejny wygrywając z kontuzją jak i ze sobą. Czasami sobie myślę, iż muszę się z tym już pogodzić… być może to jakaś moja wewnętrzna moc haha. Bo wiecie jak to jest, człowiek nie jest w stanie wykonywać swoich zaplanowanych jednostek treningowy ze względu na ból, który to uniemożliwia… następnie włącza się ambicja, głowa, która podpowiada, że przez to będę nieprzygotowana, słaba… a mimo to człowiek tak bardzo jest zdeterminowany, tak bardzo chce… 🙂